W Poznaniu nie toczy się spór o miejsce pod pomnikiem, ale o definicję polskości, o granice obywatelstwa. Tu chodzi o to, czy w demokratycznej Polsce większość może odebrać prawa obywatelskie mniejszości. O to, jak definiujemy przynależność do wspólnoty.
Agresywna, odruchowa homofobia stanowi w Polsce kulturową normę. Niedawno respondenci CBOS za najbardziej obraźliwe słowa uznali właśnie te, które dotyczą homoseksualistów. "Pedał" i "ciota" znalazły się w ścisłej czołówce obelg, "lesba" - na zaszczytnym czwartym miejscu (pokonał ją tylko "wsiok"). Jak czytamy w reportażu z Poznania, gdy rozemocjonowany kombatant chce okazać homoseksualiście swą pogardę i niechęć, nazywa go homoseksualistą. Większość Polaków szczerze i bezrefleksyjnie nie lubi osób homoseksualnych.
Nie demonizowałabym tych danych. Uprzedzenia są częścią życia społecznego. Tak bywa, że mniejszość się większości nie podoba. Brzydko jej pachnie, irytująco się zachowuje, a w dodatku nie szanuje słusznych uprzedzeń większości. Bywa, że przedstawiciel większości - na przykład o nazwisku Grobelny - lubi niektórych przedstawicieli mniejszości, ale tylko pod warunkiem, że o swojej odmienności nie mówią. Tak bywa, ale w liberalnej demokracji niewiele z tych uprzedzeń wynika w sensie politycznym. Lubiani czy nielubiani, obywatele i tak mają niezbywalne prawo do manifestowania swoich poglądów we wspólnej przestrzeni. Także tej "uświęconej". Bo są pełnoprawnymi członkami społeczeństwa. Bo w demokracji być członkiem mniejszości nie znaczy być pariasem.
Czy jednak gej jest Polakiem? Konserwatyści nie uważają tego pytania za retoryczne. Dość często o to pytają i zwykle odpowiadają: nie. Rafał Ziemkiewicz ("Rzeczpospolita" z 25 października) przyjmuje do wiadomości, że w Polsce istnieje homoseksualizm, odróżnia go jednak od "gejostwa". Stanowi ono jego zdaniem "homoseksualizm polityczny, pewne szczególne zastosowanie tradycyjnych haseł ideologii lewicowej". I to "gejostwo" jest nie polskie, lecz obce. Konserwatywny publicysta przyznaje obywatelstwo homoseksualistom milczącym i pogodzonym z otaczającą ich pogardą. Zaś geja, który swoją tożsamość manifestuje i domaga się publicznie praw, wypisuje z narodowej wspólnoty.
Gest Ziemkiewicza jest podobny w swej arogancji do wypowiedzi kombatantów poznańskiego Czerwca i Ryszarda Grobelnego. Oni także czują się dysponentami polskości. Miejsca pamięci narodowej to ich "uświęcona" przestrzeń, czują się jej gospodarzami. Pod pomnik zaproszą sobie kogo chcą, a gejów i lesbijek akurat nie chcą. Niech sobie demonstrują "bezkonfliktowo", na przykład w lesie. Bo Polska jest hetero.
Tymczasem w Polsce demokratycznej sprawy się mają inaczej. Organizatorzy Marszu, kombatanci oraz pan Grobelny jako osoba prywatna należą do tej samej wspólnoty obywatelskiej i jako tacy mają równe prawa. Jako prezydent Poznania Grobelny ma poza tym pewne obowiązki. Polegają one na dbaniu, by prawa wszystkich obywateli miasta były zagwarantowane. Powinien też pilnować, by uprzedzenia, które żywi jako osoba prywatna, nie przeszkadzały mu w pełnieniu funkcji prezydenta miasta. Na tym - a nie na unikaniu konfliktów i pochlebianiu większości - polega władza w demokracji.
dr Agnieszka Graff adiunkt w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW, prowadzi zajęcia w Collegium Civitas i na Gender Studies UW. Członkini zespołu "Krytyki Politycznej", autorka książki "Świat bez kobiet" (2002)